Blogs

(Trang 1 of 3)   
« Trước
  
1
  2  3  Kế tiếp »

M jak Mun. Grzyby mun- ucho drzewa

W pierwszych słowach mojego wpisu informuję was uprzejmie, że książka, której fragmenty czytacie, nie została jeszcze wydana. Książka niewydana, ale napisana, łamana i pięknie prezentuje się w formacie PDF! Wszystko dzięki malarce Dorocie Podlaskiej, redaktorce Urszuli Gralińskiej i fotografowie Marcinowi Szulżyckiemu. Owszem, tekst wietnamsko-polski napisany był przez niejakiego, chudego literata Ngô Văn Tưởng'a. Czytelniku, wyłóż trochę pieniędzy na jej wydanie, a zostaniesz na zawsze nieśmiertelny.  Wpisze się Cię do Historii. Przeciez spisane sa słowa i czyny!


 
 Grzyby mun- mộc nhĩ- ucho drzewa. Foto: Ngô Đăng Quang

Mộc nhĩ – ucho drzewa, suszone grzyby mun, pokrojone lub całe. Czy pokrojone czy całe po namoczeniu w ciepłej wodzie zwiększają kilkakrotnie swoją objętość. Całe po namoczeniu uzyskają pierwotny kształt i wielkość. Wyglądają wówczas jak uszna małżowina. Choć pozbawione grzybowych smaków i zapachów są jednym z podstawowych składników kuchni wietnamskiej i chińskiej. Często dodawane są do farszu, zup, smażonych dań mięsnych, z makaronem sojowym jako składnik chrupki. Cenione także za to, że nie rozgotowują się łatwo w trakcie gotowania.

Dawno temu, w ubiegłym wieku, jako pomocnik kucharza w restauracji wietnamskiej na warszawskiej Ochocie uczestniczyłem w szkoleniu sanitarnym, prowadzonym przez panią z dzielnicowej Stacji Kontroli i wystawiania mandatów. Specjalistka wygłosiła, że grzyby Mun mają lekką właściwość psychodeliczną czyli znajdują się one bardzo blisko grzybów halucynogennych. Skwitowałem tę wypowiedź, że trzeba powoli, ale jak najszybciej, przyzwyczajać do nich Polaków. Na szczęście pani od mandatów wystawianych z byle jakiego powodu była wspaniałomyślna i zaliczyła mi szkolenie. Jednak jej opinia była i jest dotąd odosobniona, nie spotkałem w literaturze fachowej takich opinii. Wszystkie wietnamskie źródła podają natomiast, że systematyczne spożywanie tych grzybów poprawia ogólną kondycję, poprawiają na przykład krążenie. W każdym razie konsumujący często i regularnie grzyby Mun Wietnamczycy bardzo rzadko chorują na chorobę wieńcową, zachowują młodzieńczą i szlachetną szczupłą sylwetkę do późnych lat swojego istnienia. Przykładem może być moja skromna osoba - chudy literat, choć (mając 176 cm wzrostu i 75 żywej wagi) uchodzę wśród swoich za wielkoluda…

Pewnego deszczowego wtorku, spacerując po ulicy Sokolej w Warszawie, wzdłuż nasypu kolejowego znalazłem gałązki z malutkimi grzybami Mun. Podskoczyłem z radości. Zarodki tych grzybów, pochodziły z pobliskich wietnamskich sklepów spożywczych, zagnieździły na drzewach polskich!


 
 
 Dziko rosnące  w Polsce grzyby mun. Zdjęcia zrobione w okolicy ul. Sokolej w Warszawie w dniu 15.10.2009- deszczowy dzień po ataku zimy jesienią. Foto: Ngô Đăng Quang

Jak się okazało, radość moja była przedwczesna. Po kilku latach od tamtej chwili nie udało mi się uzbierać z lasów polskich dostatecznej ilości grzybów Mun, choćby na jedną miseczkę zupy z makaronem sojowym! W przeciwieństwie do zarodków Homo Sapiens, zarodki Auricularia auricula-judae w zimnej i suchej Polsce nie znalazły dobrego gruntu do zapuszczenia korzeni….


*****

Copyright: Ngô Văn Tưởng, Dorota Podlaska, Marcin Szulzycki

Międzynarodowy konkurs Miss Supranational został zorganizowany po raz pierwszy! I to w Polsce, w Płocku. Czy fakt ten został wykorzystany do promowania Polski i Płocka za granicą. Raczej nie, i nie mozna zwalać wszystko na kryzys! Brak solidarności ze strony władzy Warszawy, ze strony mediów polskich. Brak lokalnego patriotyzmu ze strony Jakub k., który wyrwawszy  się z prowincji nie chciał mieć z konkursem w Płocku nic wspólnego. Ba, wstydził sie nim. Zmarnowana szansa. Owszem Miss Supranational to nie Miss World, ale prawo do jej organizowania nie kosztowało 25 milionów dolarów! Raczkuje i ma szansę wspinąć do szczytu konkursów piękności ponadnarodowej! Za rok znowu w Polsce. Będzie lepiej?

 
 Amfiteatr w Płocku, swiezo zakonczony, akuratny na festiwal piekna, spelniona ambicja włodarzy miasta.


 
 Prowadzący galę finałową: rodowita Polka Patrycja Kazadi i mniej rodowity Polak Krzysztof Ibisz, wypozyczony  TV4 na jeden wieczór. Mały?, zapewne...


 
 Prezentacja strojów narodowych


 
 Prezentacja strojów ponadnarodowych

 
 Prezentacja strojów ponadnarodowych, na pierwszym planie Miss Wietnamu (na konkursie) Chung Thục Quyên. Z powodu nadmiaru Nguyenów nad Wisłą, oragnizatorzy przezwali ją po polsku Nguyen Chung. Bardzo prosta zasada: Na pierwszym miejscu imię (Quyen, a Nguyenow duzo wiec niech g a nie q) następnie nazwisko Chung, podarowali sobie Thục. W urzędach polskich tak łatwo nie bedzie. Thuc, a przede wszystkim Thi, Van muszą być.




Ta sama, tyle ze nosząca áo tứ thân i nón quai thao (kapelusz)

 
 Prezentacja strojów wieczorowych


 
 

 
 


 
 Tytuły pocieszające: Chung Thục Quyên, Miss Internetu-Miss Supranational Internet (lokalny patriotyzm Wietnamczyków mieszkających w Unii Europejskiej?)- oraz najlepszy strój narodowy- Miss Supranational Best National Dress.


 
 Miss Supranational 2009 zdobyła Oksana Moria z Ukrainy. Piękna dwudziestoletnia słowiańska uroda! Nie samą ropą Płock zyje. Do zobaczenia za rok!


*****
Konkurs Miss Supranational (Miss Ponadnarodowa) organizuje World Beauty Association. Missland z Polski podpisała porozumienie o jego organizacji na lata 2009 - 2013. Miss Supranational 2009 jest pierwszą jego edycją a finał odbył się 5 września 2009 r. w Płockim amfiteatrze. W gali finałowej uczetniczyłoło 36 kandydatek. W połowie gali ogłoszono TOP 15: Wyspy Bahama, Białoruś, Brazylia, Chorwacja, Anglia, Grecja, Honduras, Kazachstan, Mołdawia, Peru, Polska, Słowacja, Tajwan, Ukraina, Wietnam.
I Wicemiss Supranational Marina Lepesha - Białoruś
II Wicemiss Supranational Klaudia Ungerman - Polska
III Wicemiss Supranational Ruth Aleman Alvarado - Honduras
IV Wicemiss Supranational Amanda Lillian Ball - Anglia
Najlepsze ciało - Amanda Lillian Ball - Anglia
Najlepszy strój narodowy - Chung Nguyen (właściwie Chung Thục Quyên, podczas koncertu na monitorze był podany Nguyen Chung)-  Wietnam
Miss Talentu Borana Kalerni - Albania
Miss Osobowości Kendra Wilkinson - W-py Bahama
Miss Top Model Natalia Koroleva - Rosja
Miss Elegancja Josephine Bergsler Heldbrandt - Dania
Miss Foto Oksana Morya - Ukraina
Miss Internetu Chung Nguyen (właściwie Chung Thục Quyên)- Wietnam

R jak Rdest. Wietnamski- rau răm

Rau răm- rdest wietnamski. Aromatyczne zioło wietnamskie podane na surowo lub dodane do dań smażonych z makaronu sojowego, z ryb, z owoców morza,   kleików ryżowych tuż przed zdjęciem z gazu. Między wierszami powiem, że rdest wietnamski, imbir pokrojony w paseczki, sól mieszana z mielonym pieprzem są niezbędnymi składnikami przy konsumpcji kaczych jaj na twardo. Ba, bez nich nie powinno jeść kaczych jajek na twardo. Na twardo, uparcie powtarzam! W imprezie biletowanej pod nazwą „Sylwester Wietnamski”, która miała miejsce w Saturatorze na Pradze warszawskiej, organizatorzy podali kacze jaja na twardo bez rdestu. Profanacja! Brak elementarnej wiedzy o kuchni wietnamskiej. Kacze jaja? Tylko z rdestami!

Poza tym rdest wietnamski jest niezbędny w kiszeniu kapusty. Kiszone warzywa i jarzyny są bardzo popularne w Wietnamie. Proces kiszenia po wietnamsku jest nieco inny niż po polsku. W gorącym klimacie zakwaszenie następuje bardzo szybko, więc kisi się dzień lub dwa a niekiedy tylko kilka godzin przed podawaniem na stół, gdy solanka do kiszenia jest z poprzedniego razu. Kiszona w ten sposób zwykła polska kapusta smakuje inaczej. A jeśli dodajecie do kiszenia kapusty, tej zwykłej, jeszcze szczyptę drobnie posiekanych wietnamskich rdestów to nie poznajecie, że to zwykłe kapuściane warzywo. Nie próbujcie tego z polskimi rdestami! Polskie rdesty są niejadalne. Jeśli rdest, to tylko wietnamski!

 
 Rdest polski. Ảnh: Ngô Đăng Quang

Rdest wietnamski wyglądem zewnętrznym niewiele się różni od rdestu polskiego. Jednak rdest wietnamski jest dużo mniejszy od rdestu polskiego, zupełnie tak jak Polak rodowity a Polak pochodzenia wietnamskiego. Rdest wietnamski jest hodowany, pielęgnowany i sprzedawalny. Malutki pęczek wietnamskiego rdestu w sklepikach spożywczych może kosztować nawet 5 złotych. A rdest polski rośnie na dziko, jest typowym chwastem, którego zbierania i wyrwania nikt w Polsce nie ma najmniejszej ochoty. Niech nikt nie próbuje handlować polskimi rdestami, nawet w wietnamskich sklepach spożywczych.



 
 Rdesty nad Wisłą- zdziczałe, twarde, gruboskórne i niejadalne! Ảnh: Ngô Đăng Quang

*****

Fragment ksiazki pod tytułem "Przewodnik w czterech kolorach i pięciu smakach" o wietnamskiej sztuce kulinarnej, która powininna ukazać się w druku niebawem.

© Ngô Văn Tưởng, Dorota Podlaska, Marcin Szulżycki


Con gà cục tác lá chanh
Con lợn ủn ỉn mua hành cho tôi
Con chó khóc đứng khóc ngồi
Bà ơi đi chợ mua tôi đồng riềng
Con châu cười ngả, cười nghiêng
Xin chớ mua riềng, mua tỏi cho tôi!

To są zaledwie trzy wierszowane zdania z ogromnej liczby wierszy ludowej poezji wietnamskiej o sztuce kulinarnej. Ludowa poezja wietnamska ca dao (czytaj ka zao) często występuje w formie lục bát: dwu-wersowe zdanie, gdzie krótki wers składa się sześciu sylab a dłuższy z ośmiu. Są one ze sobą rymowane. Oczywiście utwór lub wiersz może zawierać więcej takich zdań. Wtedy dłuższy wers jest z kolej rymowany z krótkim wersem następnego zdania. Tak jest w tym przypadku, w wolnym tłumaczeniu:

Kuku! Kuku! Kurczak woła o liście limonki,
Chrum! Chrum! Świnia prosi: kup mi szalotki!
Pies płacze, to stojąc, to siedząc i podaje łapki:
Proszę pani, proszę niebieski imbir mi kupić za złotówkę jedną!
Bawół uśmiecha się od ucha do ucha:
(a jak ma bawół uśmiechnąć się inaczej?)
Nie kupuj niebieskiego imbiru, kup mi czosnek!

Iście ludzkie poczucie humoru! Jak mięso z kurczaka to z liśćmi limonki, wieprzowe nie może obejść bez intensywnie pachnących wietnamskich cebulek szalotek, a pies w kuchni plącze i płacze:- jeśli macie mnie przyrządzić to koniecznie z niebieskim imbirem! I wcale nie ma pretensji do ludzi. Pies w chwili dla niego najważniejszej usłyszy od swojego pana magiczne, rytualne zaklęcie:- „Obyś przeszedł reinkarnację! Obyś w następnym wcieleniu nie miał pieskiego życia!”.

I sumienie czyste! Macie wątpliwości? Mówcie coś do kotleta schabowego! Wiem, wiem, niektórzy zjedzą mięsa a nad kościami zapłaczą.

 
 Półki w wietnamskim, stadionowym sklepie spozywczym. Ảnh: Marcin Szulżycki

Mimo bogatej treści, ten wiersz naturalnie nie może opowiedzieć wszystko o wietnamskiej sztuce kulinarnej. Jaka ona jest? Jakie są cechy charakterystyczne tej kuchni? Zewsząd zapewne słyszeliście, że to sztuka harmonii smaków, za sprawą sloganu reklamowego firmy dystrybuującej artykuły spożywcze, założonej przez wietnamskich absolwentów uczelni wyższych z czasów PRL. Ale sztuka ta bywa abstrakcyjna, choćby ze względu na to, że niejeden król wietnamski był karmiony nie tylko zupą z pędów bambusa, ale i także daniami z pędów… kamieni (mầm đá)! Zupa na gwoździu jak się znalazła. A ponoć było, i jest, najsmaczniejsze danie nie tylko dla dawnych, ale także dzisiejszych władców, podawane w najodpowiedniejszej porze- porze porządnego głodu.

A jeśli głód jest nieco zaspokojony, nie tylko władcy, ale i przeciętny wietnamski zjadacz ryżu myśli o owocach morza. Wietnam, posiadając ponad 3200 kilometrów linii brzegowej oferuje smakoszom szeroki wachlarz żywności i dań morskich. Do tego Wietnamczycy, tak jak inni mieszkańcy Południowo- Wschodniej Azji, zjadają wszystko, co pływa oprócz statków, wietnamska sztuka kulinarna nabiera cechy sztuki awangardowej.

Z kolei awangardziści, dostosowując jedzenia do stuletniego swojego istnienia, obchodzonego właśnie w lutym tego roku, nie wybierają chrupiących, jędrnych sztuk- tak charakterystycznych dla kuchni wietnamskiej- tylko treściwe kleiki ryżowe (cháo) na bazie bulionu mięsnego (cháo lòng, cháo gà) lub fasolowo-cukrowej (cháo đậu xanh). A przeziębiony awangardzista, niezależnie od swojego wieku, dostanie na pewno od swej wietnamskiej dziewczyny sławetną, pachnącą, dymiącą miskę cháo hành Thị Nở- cebulowego kleiku imienia Thị Nở, literackiej bohaterki, nie słynącej z urody, ale jakże poczciwej i oddanej!

I właśnie w tej sztuce trzeba wiedzieć komu, w jakich okolicznościach, w jakim towarzystwie, w jakim ubraniu (albo przebraniu!) podaje się produkty gastronomiczne. Niedojrzałe, cierpkie i gorzkie owoce podaje sięw Wietnamie  z solą i ostrą papryką na śniadanie w Dniu Zwalczania Szkodników i Robactwa, obchodzonym 5 maja kalendarza według księżyca. W tym dniu nie może zabraknąć też ryżu sfermentowanego- rượu nếp. Pod tym względem jest to sztuka konceptualna! A gdy brak jest nie tylko koncepcji, ale także produktów wyjściowych to trzeba zastosować najpotężniejsze inwencje twórcze! W pewnych okresach najnowszej historii niektórzy Wietnamczycy- choćby moja siostra, ochotniczka na wojnie amerykańskiej- musieli podawać do stołu (w sensie przenośnym, bo stołów nie było) sobie i swoim towarzyszom gotowane w wodzie warzywa Samolot. Bombowa sztuka! Pewny gatunek trawy w dżunglach wietnamskich bardzo szybko rósł na brzegach lejów po bombach amerykańskich. Była soczysta i nieszkodliwa, wystarczający powód by ją wykorzystać do obiadów dla żołnierzy i ochotniczek właśnie wojny wietnamskiej, czyli amerykańskiej, z wietnamskiego punktu widzenia. I ta trawa została przez nich nazwana rau Tàu bay- warzywem Samolotem! Zapewne na cześć bombowca B 52!

Smacznego!

 
 Mimoza wodna, rau cần (bo nie ma polskiej nazwy), amaranty a pod spodem- gorczycy. Ảnh: Marcin Szulżycki

Usiądźcie wygodnie w solidnych fotelach. Jak ktoś ma słabe nerwy niech zażywa słodkie liście warzywa rau ngót- sauropus androgynus na uspokojenie. My przeprowadzimy inwentarz stadionowego, wietnamskiego sklepu spożywczego i Wam o wszystkim opowiemy.

Oto sekrety wietnamskiej sztuki kulinarnej, najważniejszej ze sztuk, którą poznajecie na następnych stronach niniejszego przewodnika stadionowych sklepików spożywczych i garkuchni! A jeśli bazar Stadion zniknie z mapy Warszawy- wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to- i tak znajdziecie i kupujecie te produkty i dania w niejednym miejscu w Warszawie i w Polsce. Wtedy przewodnik ten będzie Wam niezmiernie potrzebny i przydatny. Jednak po lekturze okaże się, że tak nie jest, złóżcie skargi w książeczce skarg i wniosków, które powinny znaleźć się tam i ówdzie. My się poprawimy, a na pewno do nich ustosunkujemy…

*****
Fragment książki pod tytułem "Przewodnik w czterech kolorach i pieciu smakach", która powinna ukazać się w druku niebawem.

© Ngô Văn Tưởng, Dorota Podlaska, Marcin Szulżycki


Dalszy ciąg Dziesięciolecia Stadionu

W połowie lat 90. pewnego dnia więc wróciłem do Warszawy z królewskiego miasta Krakowa pełen umartwień i kompleksów . Moi znajomi, którzy zaczęli handel w tym samym czasie, posiadali już znaczny Kapitał. Zajmowali się poważnym importem towarów z zagranicy, prowadzili handel hurtowy. Na bazarach pracowali ich kuzyni i dalsze rodziny. A ja wciąż sam, jak Kazik z piosenki Kabaretu Starszych Panów, z bardzo niskim stanem posiadania, czyli z tak bardzo ważnym- gdziekolwiek i kiedykolwiek- kapitałem początkowym. I jak to się ładnie mówi po polsku z trudem wiązałem koniec z końcem. Zazwyczaj, jeśli mężczyzna nie interesuje się biznesem to interesuje się polityką. W moim przypadku można było to ująć trochę inaczej: nie potrafiłem zająć się na poważnie biznesem, zająłem się więc działaniami opozycyjnymi! Od 2003 roku pracuję jako redaktor i autor w Đàn Chim Việt – piśmie opozycji wietnamskiej, które wydawane było w Warszawie. Jestem jednym z członków Stada Wietnamskich Ptaków. Od tego czasu, trên Sân- na Stadionie zwano mnie dziennikarzem i wręcz pokazywano palcem, co mi tylko utrudniało prowadzenie interesu. Poza tym co to za dziennikarstwo! Każdy by potrafił napisać parę artykułów w opozycyjnym czasopiśmie. Nie dostawałem żadnego honorarium ani za teksty, ani za przekłady z Gazety Wyborczej. Ba, nawet musiałem wyłożyć swoje oszczędności na ich publikację! Całkiem niedochodowa amatorszczyzna.

 
 Krzykliwe kolory szyldu budek, barów wietnamskich w Warszawie były krytykowane przez dziennikarzy. Jednak jest to bardzo rzucające się w oczy połączenie kolorów. Kiedy Polacy zaczęli stosować te kolory w reklamach i szyldach to budy i bary wietnamskie zaczęły znikać z panoramy Warszawy ustępując erę kebabów. Skandal z psim mięsem na Stadionie Dziesięciolecia, rozdmuchany niesprawiedliwie przez polskie media przyczyniły do tego. Ten skandal to też mój początek przygody- nieszczęścia z opozycją wietnamską na obczyźnie. Ảnh:- Ngô Đăng Quang

Historia powstania tego czasopisma była też ściśle związana ze Stadionem. Jeden z jego założycieli nie mógł znieść wiersza na cześć Partii wydrukowanego w biuletynie wydanym przez Ambasadę Wietnamską. Wiersz ten, nawet w partyjnej gazecie, był wyjątkowym archaizmem. Bezwstydnie służalczy, pompatycznie sławił Partię i jej wątpliwy dorobek. Mój kolega, doktorant chemii, ale i dobrze zapowiadający się biznesmen, napisał krótki felieton pełen ironii i krytyki. Powielił go na ksero i rozdawał w formie ulotek na Stadionie. Nasi kupcy chwytali je jako rzecz bardzo odważną i bezprecedensową. Ukazał się więc kolejny egzemplarz, który zmienił się w dwutygodnik i później miesięcznik opozycyjny. Wraz z rozwojem czasopisma i coraz większym moim zaangażowaniem w jego tworzenie, słyszałem coraz więcej Stadion Legends na swój temat, podobnie jak moi nieliczni koledzy redakcyjni. Spotykaliśmy się z coraz częstszym ostracyzmem w środowisku wietnamskim, na Stadionie i w mieście. No cóż, nie ma nic za darmo, nawet na Stadionie. Rzecz tak nieuchwytna jak niezależne wyrażenia poglądów; demokracja czy wolność kosztuje, niekiedy słono. Po zaangażowaniu się w działania opozycyjne nie odwiedzałem rodziny w kraju. Nie chciałem drażnić lwa, władza mogła zatrzymać paszport na kilka miesięcy. Co wtedy stałoby się z moją budką na Stadionie, pełną ciepłych skajowych kurtek? Dziś, jako Polak, od roku nie mogę dostać wizy do Wietnamu, i się na to nie zanosi. Większość moich rodaków nie ma takiego problemu ani takiego dylematu jak ja. Po Bożym Narodzeniu i Nowym Roku, kiedy w handlu jest zastój i zbliża się Tết- wietnamski Nowy Rok, moi pobratymcy masowo jadą na urlop do domu. Rodzina się cieszy, trochę oddechu i wypoczynku przed następną walką o byt na Stadionie. Przyjemne z pożytecznym! Bilety lotnicze drożeją wtedy niemiłosiernie! Żyj i daj innym żyć w Polsce! Oto maksyma naszych warszawskich rodaków pracujących na Stadionie.

 
 Zdjęcie to zrobiłem dnia 16 stycznia 2005 roku z myślą o tym, że do niego napiszę tekst dla swojej redakcji. Takowy tekst po wietnamsku nie powstał, jednak do tekstów napisanych po polsku przeze mnie można wykorzystać to zdjęcie, choćby to, że tutaj się znajduje. Czytelniku, napisz komentarz do niego, do tego zdjęcia, lub wyjaśnienie. Cokolwiek, w mailu do mnie (ngovantuong@op.pl), lub jako komentarz do tego tekstu (nie wszystkie zostaną uwidocznione, zastrzegam sobie takie prawo). (Najbardziej) trafny komentarz (o ile takowy bedzie) zostaje wynagrodzony (przeze mnie. Słowo honoru, przewiduję nagrodę!)

Nieraz słyszę pytanie, co stanie się z Wietnamczykami po likwidacji bazaru na Stadionie? Niektórzy wrócą do Wietnamu, nie tylko dlatego że nie mają gdzie. Chcą wychować swoje dzieci na prawdziwych Wietnamczyków. Tak mówili znajomi prowadzący sklep spożywczy na stadionie. Kupili sobie ostatnio piękny dom na Mokotowie. Dwadzieścia lat wcześniej byli gastarbeiterami w Czechosłowacji. Ruszali niebo i ziemię, aby dostać kartę pobytu w Polsce. Wrócili do Hanoi rok temu. Domu jeszcze nie sprzedali. Co się stanie z Wietnamczykami? Ufam w przedsiębiorczość i zdolność adaptacyjną moich rodaków, więc odpowiadam: w Polskę pójdziemy. Wietnamczycy w Ameryce w drugim, trzecim pokoleniu uczą się w szkołach i na uczelniach wietnamskiego jako języka obcego. I wiem, że i moi młodsi rodacy mają w Polsce problemy z językiem ojczystym. Marzy mi się więc wygodna, ciepła posada belfra wietnamskiego. Pana od wietnamskiego! W państwowych szkołach i na uczelniach publicznych. Przecież nie na Stadionie Dziesięciolecia!

Tekst ten został napisany na zamówienie fundacji Laury Palmer oraz Bęc Zmiana, został wydrukowany w ksiazce pod tytułem "Stadion X-miejsce, którego nie było", którą od dziś mozna kupić w księgarniach

Pierwsza Część: Wprowadzenie


Tak jak Janusz Józefowicz pochodzę z prowincji. W każdym razie o tym znanym i wchodzącym na warszawską scenę tancerzu, choreografie, chłopaku z Lublina przeczytałem w czasopiśmie Bestseller w pociągu relacji Szczecin-Świnoujście pewnego dnia w 1991 roku. Kursowałem tą trasą na bazar w Świnoujściu. Nie chciałem handlować w Szczecinie, gdzie kilka miesięcy wcześniej skończyłem studia i gdzie znało mnie wiele osób. Spaliłbym się ze wstydu, jeśli ktoś zobaczył świeżo upieczonego magistra inżyniera sterczącego na ubitej ziemi na placyku handlowym. Nigdy do tej pory nie musiałem zarabiać na życie. Przez siedem lat byłem stypendystą rządu PRL-u. Nie było to stypendium głodowe, a trzy trzecie wynagrodzenia asystenta. Akademik był za darmo, raz w miesiącu zmiana pościeli, a bywało, że i rolka papieru toaletowego. Kto żył w PRL ten wie, jakim luksusem był ten towar. Można go było dostać w Pewexie za twardą walutę.

 
Przyjechałem do Polski w 1983. Na naukę polskiego miałem rok (wcześniej skończyłem kurs przygotowawczy w Wietnamie). Na właściwe studia techniczne miałem 5 lat. Teoretycznie powinienem był ukończyć studia w 1989 roku. Ale wówczas każdy przedłużał sobie maksymalnie czas pobytu w Polsce. Każdy urlop dziekański musiał być zaakceptowany przez odpowiednią komórkę w Ambasadzie Socjalistycznej Republiki Wietnamu. Tak też było w moim przypadku. Pracę dyplomową obroniłem w październiku 1990. Miesiąc później musiałem wyprowadzić się z akademika, skończyło mi się też stypendium. O powrocie do Wietnamu nikt z nas nie myślał. W Polsce nastał wolny rynek, kartki na produkty żywnościowe zlikwidowano rok wcześniej. Do trudnych transformacji gospodarczych ludność polska musiała szybko się przyzwyczajać, a wraz z nią paręset wietnamskich studentów, doktorantów i absolwentów uczelni wyższych. Nasi obrotni rodacy dostali pozwolenia na wynajem powierzchni w państwowych domach towarowych. Mogli odtąd handlować tak zwanymi artykułami regionalnymi. Dostarczali towary, które nie pochodziły z oficjalnej dystrybucji: pamiątki, drobiazgi, podomki haftowane, przesyłane w paczkach do Polski. Sprawdziło się hasło: Handel to życie! Handel kwitł wszędzie, na bazach, na targowiskach, na przejściu podziemnym, tam i ówdzie. Rynek konsumencki był nienasycony, można było sprzedać wszystko, co było do zaoferowania, i to bez reklam w mediach! Okazało się, że handel obwoźny nie sprawiał trudności ani mnie - inżynierowi mechanikowi, ani moim kolegom hutnikom, metalurgom, górnikom czy matematykom.


Na początku lat 90. moim rewirem były okolice Szczecina, zwłaszcza Świnoujście - miejsce stosunkowo egzotyczne, gdzie miałem metr kwadratowy, żeby rozłożyć stoisko. Z plecakiem pełnym bluzek wyjeżdżałem raniutko pociągiem ze Szczecina. Po kilku godzinach stania w mrozie wracałem z pustą torbą i z saszetką pełną gotówki . Żywa gotówki okazała się niezmiernie potrzebna, była zachętą i motywacją. Mieszkałem wówczas na stancji, miałem pokój do spania i do magazynowania. Po towary jechałem do Warszawy. Zaopatrywałem się początkowo w prywatnych mieszkaniach, wynajętych przez naszych rodaków a później na koronie Stadionu Dziesięciolecia. Na początku lat 90. większość byłych studentów zajmowała się handlem detalicznym. Ci obrotniejsi, którzy wcześniej skończyli studia oraz doktoranci parali się handlem hurtowym w małych pomieszczeniach służących za magazyny. W 1989 powstał Jarmark na Stadionie Dziesięciolecia. Podczas weekendów na koronie odbywał się prawdziwy pchli targ z biletem wstępu.


Oczywiście tak wówczas, jak i teraz, handel nie był tylko domeną Wietnamczyków. Polacy rezygnowali z ciepłych posad państwowych. Jeździli po towary do Turcji, Tajlandii, Chin czy Indii. Jeansy wycieruchy, indyjska biżuteria i ozdoby cieszyły dużym powodzeniem. Naszyjniki, agaty, ametysty i inne kolorowe kamienie półszlachetne leżały na kawałkach nylonu na ziemi na koronie Stadionu. Nikogo nie interesowało, czy nabywcami są Polacy czy Wietnamczycy. Chwała tolerancyjnym importerom polskim! Chwała zasadzie wolnego rynku! W ten sposób poszerzaliśmy asortyment, już nie tylko figurki Buddy, haftowane podomki i maszynowo wyszywane bluzki. Bracia i siostry słowianie z Kraju Rad handlowali wówczas byle czymś: grzałką, żelazkiem i mikroskopijnymi maściami z mięty wietnamskiej produkcji, sławetnymi w zimnej Rosji i innych republikach radzieckich, z żółtą gwiazdą na wieczku. Czy tak właśnie definiuje się „reeksport”? Nie znam się na ekonomii, ale wiem, że ten sam Pewex, w którym sprzedawano kolorowy papier toaletowy za twardą walutę to skrót od „Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego”. Dzięki Bogu, pewne rzeczy już mamy za sobą…


 
 Volkswagen Jetta, pierwszy samochód w moim zyciu
Po roku intensywnego handlu obwoźnego na prowincji, któremu towarzyszyły zawsze liczne rozważania filozoficzne nad pracą zarobkową, kupiłem używany samochód sprowadzony do Polski z Niemiec. I przeprowadziłem się do stolicy. Z oszczędności wynajmowałem sympatyczne, małe mieszkanko w samym centrum Warszawy, na Kruczej. Co jakiś czas jechałem na Stadion aby rozważyć możliwość handlowania tam. Wietnamczyków było wówczas niewielu, starczyłoby i miejsca dla mnie. Jednak dla mnie- chłopaka ze Szczecina - Stadion był za wielki, czułem się w nim zagubiony. Po kilku miesiącach egzystencjalnych rozważań, za namową kolegów magistrów inżynierów hutników i metalurgów przeprowadziłem się tym razem do Krakowa. Handel na bazarach w Oświęcimie, Tarnowie czy Nowym Targu to była czysta przyjemność, w gronie samych magistrów, doktorów i inżynierów.

Bazar na koronie Stadionu Dziesięciolecia rozrastał wraz z napływem Wietnamczyków z byłego NRD, Czechosłowacji, ZSRR i Bułgarii i oczywiście z samego Wietnamu. Gastarbeiterzy wietnamscy z
dawnego bloku sowieckiego bardzo cenili polską wolność (i tak zwaną wolną amerykankę) oraz polską gościnność, życzliwość polskich klientów i kochliwość Polek i Polaków. Lê Hoa- studentka z mojego roku, tzc. z Wyższej Szkoły Języków Obcych w Thanh Xuân- Hanoi, gdzie 13 lat wcześniej ja uczyłem się polskiego a ona bułgarskiego- w drugiej lat 90. już importowała biżuterię z Korei Południowej. Wcześniej zdążyła poślubić Polaka pracującego w Bułgarii…No i dobrze, Wietnamczycy z innych krajów, czy byli studenci i doktoranci, czy gastarbeiterzy wzmocnili wietnamską konkurencję w walce z tubylcami i braćmi słowiańskimi w Polsce… Polski rynek wzięty! Bazary powstające na błoniach Stadionu Dziesięciolecia należały do Wietnamczyków. Bazar Stadion czyli chợ SVD, trên Sân znany jest w całym Wietnamie i wśród społeczności Wietnamczyków rozsianych na całym świecie. Kilka lat później, kiedy wróciłem z Krakowa do Warszawy, redaktor Urban, wówczas redaktor naczelny tygodnika „Nie” pisał:- „Skośne oko konia tuczy!” A tuczy, tuczy! I to nie tylko konie polskie! Gdyby skośne oko nie tuczyło, nie mielibyśmy bazaru na błoniach a przy Zamoyskiego nie mielibyśmy Nhà Trắng (Białego Domu) - jak słusznie i ironicznie nazwali Wietnamczycy ten skrawek ziemi z białymi, prowizorycznymi budami. To nie był byle jaki adres! Niejeden Wietnamczyk zrobił tu fortunę dzięki sprzedaży kurtek ze sztucznej skóry z Chin. Sam widziałem jak młodzi Włosi je kupowali i wieźli do Niemiec, gdzie je odsprzedawali jako wyroby ze skóry. Mieli świetne przebicie. Reeksport w czystej postaci!

*****

CDN

*****
 
autorzy tekstów: Ngô Văn Tưởng, Claire Bishop, Sebastian Cichocki, Benjamin Cope, Halina Galera, Ewa Majewska, Pascal Nicolas-Le Strat, Warren Niesłuchowski, Marek Ostrowski, Grzegorz Piątek, Cezary Polak, Anda Rottenberg, Roland Schöny, Pit Schultz, Tomasz Stawiszyński, Barbara Sudnik-Wójcikowska, Stach Szabłowski,
Zdjęcia: Mikołaj Długosz, Christophe Gaillard, Jerzy Kosiński/NCS, Damazy Kwiatkowski/PAP, Marta Pruska, Marta Orlik, Marek Ostrowski, Tomasz Pasternak, Albert Zawada/Gazeta

Wydawcy:

Fundacja Bęc Zmiana
Korporacja Ha!art

Redakcja Joanna Warsza
Projekt graficzny René Wawrzkiewicz
Zdjęcie na okładce Mikołaj Długosz

208 stron, twarda oprawa
książka dwujęzyczna

Papier Arctic Volume Ivory 130 gr
Czcionka NaomiSans oraz Swiss911

ISBN 978-83-61407-84-3
ISBN 978-83-925107-2-7

cena 49 zł

Dziesięciolecia Stadionu

 
 Joanna Warsza. Ảnh: Ngô Đăng Quang
Joanna Warsza, teatrolog, producentka, kuratorka wszelakich wystaw, spektakli, wernisażu…ba, nawet finisażu, która pojawiła się na potrzeby Stadionu Dziesięciolecia. (Aha, Asia jest jeszcze nurkiem oceanicznym, choć nie widziałem ją w akcji, czyli jak nurkuje…) Zaprosiła mnie do wzięcia udziału w kilku finisażu Stadionu. Na ostatnim odcinku zatytułowanym Schengen, poszedłem do niej i w największym sekrecie i pełnej konspiracji opowiedziałem jej, że MSZ szuka i zatrudni ludzi z zewnątrz na stanowisko dyrektorów Instytutu Polskiego w różnych krajach. Zapytałem, czy nie chce nim zostać? Odpowiedziała pytaniem, w których krajach znajduje się instytut z wakatem stanowiska dyrektora. Wymieniłem kilka, wśród których nie było Wietnamu.
- No to nie, ja nie chcę, w Instytucie Polskim w Wietnamie to owszem. I wtedy to ty będziesz wicedyrektorem!- Dodała Joanna stanowczo i tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- Niech Ci będzie!- Przytakowałem posłusznie, choć w głębiej duszy byłem pełen irytacji i gniewu:- „Cwaniara! Samym dyrektorem niby ja nie mogę zostać!?. Przeciez sam jej powiedzialem o tej mozliwości!”.

W każdym razie trzymam ją za słowo, zachęcając gorąco rząd RP i MSZ do otworzenia Instytutu Polskiego w Wietnamie, w Hanoi czy w Sajgonie. Ba, niech będzie i w mieście portowym, w moim rodzinnym Hajfongu! I już zacznę studiować kulturę polską…Wicedyrektor Instytutu Polskiego bez znajomości kultury polskiej to na pewno mianowany jest po znajomości! 

 
 Alejka Przy Torach na bazarze w poblizu Staionu X i ekipa telewizyjna polsko-niemiecka. Ảnh: Ngô Đăng Quang

Praca na placówce zagranicą to brzmi dumnie, choć to przyszłość bliżej nieokreślona. Po ostatecznym finisażu Stadionu dokonanej przez ministra Sportu przy pomocy Red Bullu dostałem email od Joanny, krótki zwięzły i wszystko z małej litery: „napisz tekst o stadionie dziesięciolecia, dowolny temat ale stadionowy. 10.000 znaków max. zapłacę”
- Dobrze! Jak zapłacisz to napiszę- odpowiedziałem i dwa tygodnia później wysłałem do niej tekst składającego z 12.220 znaków, nielicząc znaków spacji.

I właśnie w ten sposób znajduję się na liście autorów tekstów książki pod tytułem „ Stadion X-miejsce, którego nie było”, w doborowym gronie: Anda Rottenberg, Marek Ostrowski, Grzegorz Piątek, Cezary Polak, Roland Schöny, Pit Schultz, Tomasz Stawiszyński, Barbara Sudnik-Wójcikowska, Claire Bishop, Sebastian Cichocki, Benjamin Cope, Halina Galera, Ewa Majewska, Pascal Nicolas-Le Strat…No przesadzam ciut ciut, niektóre nazwisko wcale i to wcale nic mi nie mówi. I nie wiem czy Marek Ostrowski to ten sam pan z Panoramy, jedyny Marek Ostrowski, którego jako tako znam!

I wczoraj ze Sztokholmu Joanna zawiadomiła mi, że „książka
została wydana, jest piękna, od poniedziałku do kupienia w czułym barbarzyńcy etc”, że od niej mam jeden egzemplarz. Wierzę jej, że jest piękna, że od poniedziałku do kupienia, że jest po polsku i po angielsku… I od niej mam jeden egzemplarz. „A kiedy ja będę miał go w ręku”- mam ją zapytać. Nie doczekam, w poniedziałek jadę do Czułego Barbarzyńca sobie kupić…A wam niniejszym zawiadamiam, że od poniedziałku można czytać na moim blogu tekst pod tytułem „Dziesięciolecia Stadionu. Felieton wietnamskiego opozycjonisty (sic!)”, a właściwie część niecenzuralną (i- lub- nieocenzurowanego- nie znam sie na tym) tekstu…

***
Oficjalna strona FINISAZu Stadionu X, czyli seria wydarzen perfomatywnych

Miłość w czasach potopu

Hanoi, miasto stołeczne. Zaczęło się w piątek 31 października. Deszcz padał I padał. Cały dzień, całą noc. I w sobotę też padał. Obfity deszcz. Potop z samej deszczówki. Największy od 35 lat. Gdzieniegdzie poziom wody sięga metr. Już czwarty dzień w wodzie. Hà Nội zamienia się w Hà Lội, czyli Hà Brodzący (w wodzie). Zdjęcia pochodzą z prasy krajowej, ze stronny
http://vietnamnet.vn/
http://vnexpress.net/Vietnam/Home oraz blogów prywatnych
Zobacz:
Część III Hanoiski potop czyli romantyzm po wietnamsku

 Zaręczyny tradycyjne musza byc:
 
 
 

Ślub i wesele:































Zobacz autostop czyli zyj i daj innym zarobic w czasach potopu
Hanoi, miasto stołeczne. Zaczęło się w piątek 31 października. Deszcz padał I padał. Cały dzień, całą noc. I w sobotę też padał. Obfity deszcz. Potop z samej deszczówki. Największy od 35 lat. Gdzieniegdzie poziom wody sięga metr. Już czwarty dzień w wodzie. Hà Nội zamienia się w Hà Lội, czyli Hà Brodzący (w wodzie). Zdjęcia pochodzą z prasy krajowej, ze stronny
http://vietnamnet.vn/
http://vnexpress.net/Vietnam/Home
Zobacz
część I Panorama
Część II Optymizm powietnamsku


 
 Elegancja francja


 
 


 
 

 
 

 
 W parku imienia Lenina

 
 
 Dwa powyzsze zdjecia: Nad brzegiem (Bo Ho) jeziora Zwróconego Miecza w samym centrum Hanoi

Zobacz Zakupy w czasach potopu
Hanoi, miasto stołeczne. Zaczęło się w piątek 31 października. Deszcz padał I padał. Cały dzień, całą noc. I w sobotę też padał. Obfity deszcz. Potop z samej deszczówki. Największy od 35 lat. Gdzieniegdzie poziom wody sięga metr. Już czwarty dzień w wodzie. Hà Nội zamienia się w Hà Lội, czyli Hà Brodzący (w wodzie).  Zdjęcia pochodzą z prasy krajowej, ze stronny
http://vietnamnet.vn/
http://vnexpress.net/Vietnam/Home/

(CZEŚĆ I: PANORAMA POTOPU w Hanoi )


 
Lektyka! Starsza pani sie uśmiecha i korzysta ze swojego prawa,ze  jest się starym...

 
 

 
 Mijamy sklep z kiełbasami niemieckimi. Czy Hanoiczycy doczekają kiełbasy polskiej?

 
 Taksówkarz i jego luksusowy pojazd

 
 Flisak i jego rodzina

 
 Na zakupy (do hipermarketu BigC!)

 
 

 
 Flisak -ogrodnik. Wiecie do czego słuza pien (a raczej łodygi) bananowca...

 
 Praca zbiorowa. Butle gazowe, puste owszem!

P jak Potop. W Hanoi

Hanoi, miasto stołeczne. Zaczęło się w piątek 31 października. Deszcz padał I padał. Cały dzień, całą noc. I w sobotę też padał. Obfity deszcz. Potop z samej deszczówki. Największy od 35 lat. Gdzieniegdzie poziom wody sięga metr. Już czwarty dzień w wodzie. Hà Nội zamienia się w Hà Lội, czyli Hà Brodzący (w wodzie). Nie byłem na miejscu, więc wszystkie zdjęcia pochodzą z prasy krajowej, ze stronny
http://vietnamnet.vn/
http://vnexpress.net/Vietnam/Home/

PANORAMA


 
 
 Ruch jak na Marszałkowskiej
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 Dorzec autobusowy w My Dinh


 
 U krawca
 
 Star Hotel. Rzadko, kiedy w Hanoi mozna siedziec po amerykansku
 
 O suchy lad tylko mozna pomarzyc. Na szczescie bywa gdzieniegdzie mielizna
 
 Znak ostrzegawczy










Wiezowiec i "blokowisko" w Hanoi zamieszkałe przez bogaczy, wiec pogoda dla bogaczy? Niecałkiem, obejrzyj tu zdjęcia

Deklaracja

Z końcem października br. wojska polskie wycofują z Iraku. Wcześniej, czwartego października w bazie Echo w Diwanii odbyła się oficjalna ceremonia zakończenia działań polskiego kontyngentu wojskowego misji w Iraku. Pewien etap w swojej historii misji wojsk za granicą Polska miała za sobą. A zaczęło się to wszystko wiosną 2003 roku. Gazeta Wyborcza w wydaniu świątecznym Sobota- niedziela 29-30 marca tego roku wydrukowała artykuł pod tytułem „My, zdrajcy” autorstwa redaktor naczelnego Adama Michnika. Artykuł stanowił niejako odpowiedź na tekstu Christiana Semlera na łamach „Die Tageszeitung” z 8 marca 2003 roku, którego fragment był także wydrukowany w tym samym numerze Gazety Wyborczej. Oto fragment fragmentu artykułu „ ZDRADA TRZECH MĘDRCÓW”:- Vaclav Havel, Adam Michnik i Gyorgy Konrad- to trzej działacze ruchów demokratycznych w czasach schyłkowego realnego socjalizmu. A zarazem trzej intelektualiści, którzy dzięki swojej oryginalności i niezależności wywierali w ciągu minionych dwóch dziesięcioleci głęboki wpływ na zachodnie elity intelektualne. „Doświadczenie totalitarne” uczuliło ich na kwestię polityki podporządkowanej uniwersalnym prawom człowieka. A teraz Konrad, Michnik i Havel niezależnie od siebie publicznie występują jako zwolennicy amerykańskiej polityki wobec Iraku i opowiadają się za wojną” A oto fragment artykułu „My, zdrajcy”:- Spoglądając na walące się wieże Word Trade Center, zrozumiałem, że świat stanął w obliczu nowego wyzwania totalitarnego. Przemoc, fanatyzm i kłamstwo rzuciły wyzwanie wartościom demokratycznym. Dlatego sądzę, że obalenie tyrana, który wspiera terroryzm i dąży do posiadania broni masowej zagłady, jest uzasadnione”. Pięć lat minęło, można inaczej spojrzeć na wszystko, pod innym kątem, z dystansem…


Dalszy ciąg
"W jak Wojna. Wojna w Iraku"


Wietnamczycy lubią legendy i symbole, żyją nimi. W latach osiemdziesiątych, kiedy w Polsce wybuchały niezliczone strajki, to z Wietnamu wylewały się niezliczone fale uciekinierów. Wielu ludzi straciło życie podczas tych ucieczek. Powstała legenda, że można dostrzec na skorupce wielkiego morskiego kraba twarz ludzką, twarze tych ludzi, którzy zginęli w morzu . Jakiś autorytet naukowy wyjaśniał na łamach państwowej, partyjnej gazety, że to czysta fantazja, wolne skojarzenia wyobraźni. Mnie nie przekonał. Ta legenda i cichy szum morski zawsze brzmi w moich uszach jako najsmutniejsza pieśń o duszach tych ludzi, o ludzkim losie.

 
 Số đỏ Vu Trong Phunga przetłumaczony na angielski przez Petera Zinomana i Nguyen Nguyet Cam. Nguồn:www.amazon.com

I ta legenda i ta lalka o blond włosach uratowała naród wietnamski od totalnego zniewolenia, od wszechobecnej, wstrętnej propagandy. Propagandy o wyższości socjalizmu nad kapitalizmem, o nieskazitelnym morale Wujka Ho, o Partii, o sukcesach kolejnych planów trzyletnich, pięcioletnich…I właśnie „te kolejne sukcesy” zdecydowały, że żaden Wietnamczyk, czy to naukowiec, czy rolniczka, czy matka, której synowie zginęli na wojnie, nie mają urazu do Amerykanów. Wszyscy Amerykanie, czy to weteran, czy dziennikarz, czy turysta, którzy mieli możliwości podróżowania po Wietnamie, na pewno to potwierdzą. Doświadczali czegoś odmiennego, przyjaźni i uwielbienia. I na to zasługują, bo nikt inny tak nie rozpowszechnia historię, kulturę, literaturę Wietnamu i to bez zakłamania, jak Amerykanie. Zakazane dzieła pisarza Vu Trong Phung, który zmarł przed rokiem 1945, przed powstaniem dzisiejszego, komunistycznego Wietnamu od niedawna dopiero zostały ponowne wydane. Stało się to dzięki upartemu zainteresowaniu amerykańskiego badacza literatury wietnamskiej. Przetłumaczony na angielski przez Johna Balabana, weterana wojny wietnamskiej tomik „ Spring Essence” osiemnastowiecznej poetki Ho Xuan Huong był dużym wydarzeniem wydawniczym w Ameryce. Internetowa strona instytutu filologii wietnamskiej amerykańskiego uniwersytetu ( Appalachian State University) dostarcza mi więcej wiedzy niż oficjalne podręczniki języka wietnamskiego pełne indoktrynacji, zapchane tekstami o Wujku Ho, o „Vo-lo-dia” czyli o pewnym znanym Włodzimierzu - jakim on był chłopcem! I tu biję na alarm! Z tych podręczników uczą się dzieci wietnamskie i polskie (z małżeństw mieszanych, polsko - wietnamskich) w szkole języka wietnamskiego w Warszawie, prowadzonej przez mojego oportunistycznego rodaka. Nie będę prosił, aby polskie władze oświatowe nakazały wycofanie tych podręczników. Apeluję do nich i do sponsorów, aby ten dyrektor mógł nabyć inne podręczniki - z Niemiec, czy z Ameryki. Apeluję też do swojego kolegi, aby zechciał to zrobić. Trochę cywilnej odwagi, kolego!

Jak widać, wietnamski reżim komunistyczny ma się dobrze. Wszelkie działania opozycyjne zostały zlikwidowane w zarodku. Generał Tran Do, żołnierz dwóch wojen, długoletni członek partii, zwolennik wolności słowa i pluralizmu partyjnego był prześladowany nie tylko za życia. Na jego pogrzebie ocenzurowane były kondolencje, wyrwano niektóre strony z księgi kondolencji, usunięte zostały słowa „generał”, „z głębokim żalem”… z napisów na wieńcach. Podłość i nikczemność władzy na tym pogrzebie budziły ogromny gniew kolegów i towarzyszy broni zmarłego. W szlochu przez telefon komórkowy opowiadali pewnej opozycyjnej organizacji wietnamskiej z zagranicy przebieg pogrzebu. Bili brawo, kiedy najstarszy syn zmarłego czytał oświadczenie rodziny, że nie przyjmuje do wiadomości zdania zawartego w przemówieniu przedstawiciela władzy, jakoby jego ojciec „popełnił pod koniec życia pewne błędy”. I ci żałobnicy nie uniknęli prześladowania i aresztowania mimo, że niektórzy z nich byli już w wieku 70, a nawet 80 lat. Przykładów jest więcej. Chorowity Le Chi Quang, były robotnik w byłej Czechosłowacji po napisaniu i rozpowszechnieniu w Internecie kilku artykułów o demokracji i prawach człowieka został skazany na cztery lata więzienia. Jest traktowany jako groźny kryminalista, bez odpowiedniej opieki lekarskiej, ograniczano liczbę wizyt do jednej na kilka miesięcy.

Gospodarka rynkowa pod komunistyczną dyktaturą pewnej grupy ludzi wytwarza chory produkt, chore i dzikie społeczeństwo pełne „ zakłamania, konformizmu, tchórzostwa i apatii”. Hipokryzja bezwzględnych ludzi aparatu władzy sięga zenitu. Dramaturdzy wietnamscy nie muszą (i tak im nie wolno!) pisać sztuk teatru absurdu. Dzieje on się na co dzień, we wszystkich dziedzinach życia. Miliony ludzi żyją w skrajnej nędzy. Rodziców nie stać na wysyłanie dzieci do szkoły. Gromada dzieciaków oblega turystów, nie tylko tych z Zachodu, oferując do sprzedaży kupony loterii, papierosy, gumy do żucia. Pamiętam dokładnie słowa, z którymi zwracały się do mnie:- „Panie, bądź łaskaw, kup ode mnie te amerykańskie gumy. Zlituj się nade mną, panie!”

Trzydzieści parę lat temu patriotyczne piosenki płynące z głośników stanowiły dla mnie ogromną atrakcję. Rok temu, kiedy byłem na mojej rodzinnej wsi, to te same piosenki, te same słowa propagandy, puszczone z głośników rozgłośni wiejskiego komitetu ludowego były dla mnie już nie do zniesienia. Nic dziwnego, że autor kontrowersyjnej książki po wietnamsku, wydanej w Paryżu pod tytułem „Tổ Quốc ăn năn” (Ojczyzna pokutuje) pisze, że w Wietnamie nie ma już ptaków, zostały zagłuszane, zabite, zjedzone. Że słysząc pewnego dnia śpiew ptaka skoczył z radości i zaskoczenia!

Trzydzieści pięć lat temu generałowie północnego wojska rozpoczęli zbrojny atak (zwany później „operacją Tet Mau Than 68” na miasta Południa w czasie Świąt Wiosny, czyli Nowego Roku kalendarza księżycowego, największych ze wszystkich świąt. Nie będę potępiać takiego czynu. To były taktyki wojenne, można sobie tak wytłumaczyć. Poza tym, wszak jestem z tej właściwej, zwycięskiej strony. Ale rok temu, kiedy w drugim dniu tego święta kierowca autobusu i jego pomocnik bez przerwy krzyczeli na pasażerów, przeklinali, traktowali ich jako własnych więźniów, własnych zakładników, długo w milczeniu nie mogłem siedzieć. Wstałem i głośno potępiałem ich. Mało brakowało, aby doszło do rękoczynów. Usiadłem, skulony, zaszczuty mimo, że to dopiero mong hai Tet, drugi dzień świąt. Gdzieś znikł nastrój świąteczny. Powiedziałem do mojego nastoletniego bratanka, tego, który się urodził w Hongkongu: - „ nie bój się, nic nie mogą nam zrobić”. Raczej aby sam się uspokoić. Czuliśmy się naprawdę bezpieczni dopiero wtedy, kiedy wysiedliśmy z autobusu. Rok później, w styczniu tego roku, z wietnamskich, oficjalnych stron internetowych dowiedziałem się o zabójstwie pasażera autobusu, który nie chciał spożywać posiłku w przydrożnym lokalu, przy którym kierowca w zmowie z właścicielem knajpy specjalnie się zatrzymał. Ten pasażer nie chciał przepłacać (zazwyczaj 5-10 razy więcej niż gdzie indziej). Zapłacił życiem. Od dawna funkcjonuje termin na takie posiłki - com tu, posiłek więzienny, posiłek więźnia. Nie wiedziałem o tym rok temu, kiedy podróżowałem po Wietnamie.

Ten kryzys społeczny, moralny i duchowy społeczeństwa jest dostrzegany także przez turystów polskich odwiedzających Wietnam. Teksty zwierające choć kilka słów o takich zjawiskach, czy to napisane przez panią redaktorkę Witkowską, czy przez turystów -internautów, nigdy nie były przetłumaczone na wietnamski i drukowane w prorządowych, zaprzyjaźnionych z ambasadą gazetach wietnamskich wychodzących w Polsce. Skwapliwie jednak przetłumaczą i drukują „pozytywne” teksty. Ba, nawet zdjęcia, klatkę po klatce z krótkiego felietonu telewizyjnego! Nie byłem zdziwiony, kiedy wybuchł skandal z „psim mięsem”. Napisałem prędko pismo do naczelnego redaktora pewnej stołecznej gazety. A w nim wyjaśniałem, że na pewno nie ma psich składników w potrawach sprzedawanych Polakom, pisałem o etyce dziennikarskiej. Nazajutrz zadzwoniła do mnie dziennikarka zajmująca materiałami z policji, autorka tekstu. Zaprosiła mnie na spotkanie do redakcji. Na tym spotkaniu wyjaśniałem jej jeszcze raz, że na pewno nie zastąpiono cielęciny psim mięsem, kurczaka gołębiem, nie dodano do żadnych potraw mielonych psiego mięsa. I nie tylko o tym. Mówiłem jej o odpowiedzialności za słowa, o etyce dziennikarskiej. Na jej pytania opowiadałem o dyktaturze komunistycznej, o kryzysie społecznym, o reinkarnacji. Powiedziałem jej, że zachodni turysta, aby zrozumieć takie społeczeństwo powinien na nie spojrzeć oczami Ryszarda Kapuścińskiego. Następnego dnia, w sobotę ukazał się artykuł pełny bredni, nieścisłości i kłamstwa. Zrozumiałem, że to nie jest brak wiedzy i ignorancja piszącej, to świadoma kampania. Wysłałem drugie pismo, ale nie dostawałem już żadnej odpowiedzi.

Skandal wycisnął mocne piętno na społeczności Wietnamczyków w Polsce. Moi rodacy byli mimo tego bardzo pokorni wobec polskich mediów. Nie mam im za złe. Ale nie mogę z nimi się zgodzić, kiedy są tak samo pokorni wobec przedstawicieli wietnamskiego aparatu opresji, wobec władzy komunistycznej. Nie rozumiem ich postawy pełnej konformizmu, oportunizmu i tchórzostwa. Powiedziałem sobie „milczenia dość”. Zostałem członkiem redakcyjnego kolegium miesięcznika opozycyjnego „ Dan Chim Viet”, którego do tej pory byłem tylko sympatykiem i jednym z nielicznych czytelników z Polski. W najnowszym numerze, który w tych dniach wychodzi z druku, próbowałem analizować przyczyny, dla których Amerykanie zdecydowali atakować Irak. Piszę o bezpieczeństwie Ameryki i świata w dobie międzynarodowego terroryzmu. Że Amerykanie nie wybaczą żadnemu swojemu prezydentowi, jeśli dopuści do jakiegoś, choć o dużo mniejszej skali, ataku terroryzmu na terenie Ameryki. Piszę o dyktaturach w Kambodży, na Kubie , w Korei Północnej i o tym, że te ustroje dyktatorskie są największą przeszkodą w dążeniu narodów do cywilizacji, do dobrobytu. Piszę, że islam zostaje wykorzystany przez dyktatorów do fanatycznego podporządkowania się obywateli. Dyktatury przynoszą złą sławę islamowi. Na pewno i islam i wspaniała kultura irakijska i babilońska nie zasługują na takie dziedzictwo. Irakijczycy w państwie demokratycznym będą mogli być naprawdę dumni ze swojej kultury, ze swojego, bogatego przecież kraju. Pogratulowałem Irakijczykom powstania takiego postępowego, wolnego, demokratycznego państwa po wojnie. Przepraszam wszystkich Irakijczyków za to, zdaje się, przedwczesne, niestosowne życzenie. Niech mi wybaczą i zrozumieją, że to szczere, z głębokiego serca życzenie. Niech wszystkie irackie matki wybaczą mi, jeśli ich synowie, ucierpieli lub ucierpią, zginęli czy zginą na tej wojnie. Mam nadzieję i z głębi duszy pragnę, aby takich ofiar było jak najmniej.

 
 Niewątpliwie, powstanie Đàn Chim Việt przyczyniło się do powstania silnego, wietnamskiego ośrodka opozycyjnego w Polsce. Na zdjęciu: pamiątkowa fotografia uczestników Konferencji o prawach robotników w Wietnamie, odbywającej się w Sejmie. Powstał z tej okazji Wietnamski KOR. Ảnh: Ngô Đăng Quang


Wojna wietnamska była bolesną, tragiczną lekcją nie tylko dla Amerykanów. Przy każdym konflikcie zbrojnym Stanów Zjednoczonych z innym krajem jest wymieniana, wykorzystana jako ostrzeżenie dla Amerykanów. Moim zdaniem, nie zawsze słusznie. Powinna być ostrzeżeniem także dla drugiej strony konfliktu. Dodaję jednocześnie, że dalekie mi jest bezkrytyczne uwielbienie i idealizacja Ameryki. I niech żaden kraj nie zostaje drugim Wietnamem! We wspomnianym już numerze naszego miesięcznika piszę w innym artykule o „wyczerpanej eksploatacji” i wykorzystaniu przez władzę komunistyczną wietnamskiego poczucia dumy z tej zwycięskiej wojny. Podkreśliłem:- „ idiotycznej dumy”. Jestem pacyfistą. Jestem człowiekiem o lewicowych poglądach, zwolennikiem opiekuńczego państwa. Ale nie jestem już manichejczykiem. W swoim artykule popieram Amerykanów w tej wojnie. Czy moja opinia jest odosobniona wśród Wietnamczyków, zwłaszcza wśród tych, którzy mieszkają w Wietnamie? Słuchając codziennie audycji rozgłośni BBC po wietnamsku sadzę, że nie. I nie podejrzewam żadnych manipulacji ze strony wietnamskich radiowców. Tym bardziej, że dyrektorem wietnamskiej sekcji jest młody absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, mój rodak.


Warszawa, Kwiecień 2003

W jak Wojna. Wojna w Iraku

Z końcem października br. wojska polskie wycofują z Iraku. Wcześniej, czwartego października w bazie Echo w Diwanii odbyła się oficjalna ceremonia zakończenia działań polskiego kontyngentu wojskowego misji w Iraku. Pewien etap w swojej historii misji wojsk za granicą Polska miała za sobą. A zaczęło się to wszystko wiosną 2003 roku. Gazeta Wyborcza w wydaniu świątecznym Sobota- niedziela 29-30 marca tego roku wydrukowała artykuł pod tytułem „My, zdrajcy” autorstwa redaktora naczelnego Adama Michnika. Czytałem go jednym tchem i ...usiadłem do pisania poniższego tekstu, tekstu manifestu wietnamskiego zwolennika amerykańskiej operacji w Iraku. Wysałem do redakcji Gazety Wyborczej w postaci listu emailowego i przez faks. Kilka dni później przetłumaczyłem cały artykuł redaktora naczelnego Gazety Wyborczej na wietnamski. Został wydrukowany w miesięczniku Đàn Chim Việt (ISSN 160-5285) i przy odrobinie szczęścia można poczytać (ten artykuł w wersji wietnamskiej) w Bibliotece Narodowej przy alei Niepodległości w Warszawie. Pięć lat minęło, można inaczej spojrzeć na wszystko, pod innym kątem, z dystansem...



Czy można wybrać pokój? Czy można wybrać bezpieczeństwo? Czy można wybrać wolność, postęp cywilizacyjny i dobrobyt? Można. I nie tylko można. Trzeba. Trzeba wybrać pokój, bezpieczeństwo, wolność. Trzeba iść za postępem cywilizacyjnym, dążyć do dobrobytu. To chyba oczywiste pragnienie każdego, zwykłego człowieka na tej planecie. To pragnienie i cel każdego narodu.

Jednak, czy każdy człowiek, każdy naród posiada możliwość takiego wyboru? Wietnamczycy nie mieli. Nie wnikając w szczegóły, dlaczego Amerykanie zdecydowali atakować Wietnam, można powiedzieć krótko: wojna została nam narzucona. I to dosłownie. Pamiętam alarm lotniczy ostrzegający przed zbliżającym się bombowcem wroga. Pamiętam ogromne leje po bombach na polu ryżowym. My, dzieciaki pasające bawoły, lubiliśmy kąpać się w tych lejach. Razem z bawołami, niezbędnymi wówczas do różnych prac polowych. Nie było w nich pijawek, a woda była bardzo czysta. Pamiętam jeszcze zapach tej wody, jej klarowność. Teraz wiem, że to zapach chemicznych środków, że to czystość pozbawiona nie tylko pijawek ale wszelkiego życia. Nigdzie później nie widziałem takiej przezroczystej wody.

Pamiętam jak mój najstarszy brat na pożegnanie przed wstąpieniem do wojska obiecał przywieźć mi radio tranzystorowe po powrocie z wojny. To był jedyny obraz, w którym jakiś prawdziwy jego rys widzę i pozostaje mi w żywej pamięci. Jego portret wykonany starodawną techniką, z opisów Mamy i może z jakiegoś zdjęcia zawsze mi się wydawał ogromnie smutny, nieprawdziwy. Wisiał przy ołtarzyku na cześć kultu przodków i tych, którzy odeszli. Pamiętam szloch Mamy, kiedy przedstawiciele Gminnego Komitetu Ludowego przyszli organizować jego symboliczny pogrzeb. Płakałem razem z nią, choć nie do końca świadomy, co się stało. Minęły lata, kiedy już umiem czytać, czytałem różne historie cudownego ocalenia i odnalezienia rzekomo zaginionych żołnierzy tej wojny. Zawsze miałem nadzieję, że któregoś dnia mój brat wróci i przywiezie mi oczekiwany od dawna prezent.

Pamiętam atmosferę pełną patriotyzmu, doniosłości i patosu tamtych dni. Nie wiem dlaczego, może ze względu na wiek - i alarm i głośniki stanowiły dla nas wielkie atrakcje. Tak jak zresztą granaty, karabiny i inne wyposażenie żołnierzy - rekrutów, przygotowujących się do walki. Nasze prymitywne wiejskie chaty były ich koszarami. Dzieciństwo zdaje się być szczęśliwe. Mój przyjaciel pochodzący z Nghệ Tĩnh, rejon bardziej zagrożony bombardowaniami, na pytanie zadane przez polską panią psycholog w wywiadzie środowiskowym: -"Czy jego dzieciństwo było szczęśliwe i co pamięta z czasów wojny?", odpowiedział twierdząco. Opisał taki obraz: -"Razem z rówieśnikiem staliśmy w dołku schronienia, liczyliśmy z zaciekawieniem i radością ilość spadających bomb". Wierzę mu i rozumiem go doskonale.

Pamiętam także treść słownych zadań matematycznych, które musiałem i lubiłem rozwiązywać, kiedy zacząłem chodzić do szkoły. Oczywiście różne to były zadania, ale brzmiały zazwyczaj tak: Bohaterski żołnierz imienia Anh Dũng zabił w styczniu dwóch Amerykanów, w lutym trzech a w marcu czterech. Ilu ludzi wroga zabił Anh Dũng w pierwszym kwartale roku? Nienawiść do wroga, „barbarzyńskiego agresora” była podsycana i mierzona jako wskaźnik patriotyzmu i obywatelskiego obowiązku. Jednak ta nienawiść już w pierwszym dniu „wyzwolenia” Sajgonu pękała jak bańka mydlana wśród dzielnych żołnierzy z Północy. I powoli będzie pękała i znikała wśród zwykłych ludzi Wietnamu komunistycznego. Kiedy ci żołnierzy wracali do swoich rodzin, czy to na urlop, czy już po służbie. Widzieli inne życie, inne cywilizacje! Jedną z bardzo popularnych zdobyczy wojny, a raczej prezentem z Południa, była przecudowna lalka z ruszającymi się powiekami, niebieskimi oczkami i blond włosami. Dzieci „marionetek”, „służebników”, „pachołków” amerykańskiego imperializmu, dzieci z Południa miały zwykłe zabawki. Nie dostałem tej lalki, my ich nie mieliśmy. Drugi mój brat został ranny, wycofany z pola walki, nim dotarła do miast. Siostra jako ochotniczka budowała drogę i mosty, wcześniej też wróciła do domu. Na szczęście! Czwarty brat, o cztery lata starszy ode mnie, walczył w Kambodży, ale ja już nie oczekiwałem od niego niczego. Po powrocie z tej wojny uciekł z żoną i córeczką drogą morską do Hongkongu. Dziewięć lat mieszkali w zamkniętym obozie dla uchodźców. Dziewięć lat mieszkali w hangarze. Ich syn tu się urodził jako niewolny Wietnamczyk. Tak czy inaczej, w niewoli.

 
 Warszawa 2007, kino Muranów, Kino w pięciu smakach, smak gorzki "Dziesięć dziewcząt z Đồng Lộc". Po projekcji moja siostra zgłosiła na ochotniczkę...Ảnh: Ngô Đăng Quang


O tych ludziach, boat people, redaktor naczelny Gazety Wyborczej Adam Michnik pisze: - „ Dlatego z przerażeniem i z poczuciem winy obserwowaliśmy Wietnamczyków, którzy po zwycięstwie komunistów uciekali z totalitarnego Wietnamu na małych łódkach, ryzykując życie swoje i swoich bliskich”. Panie Adamie, czy wie pan, że pewien Wietnamczyk na tym wzbudzonym morzu południowochińskim wołał o pomoc po polsku? Został on (a wraz z nim około czterdziestu innych istot ludzkich) uratowany przez załogę polskiego statku. Kilka lat wcześniej, w roku 1975 ukończył studia na AGH. Mieszka teraz w Australii.

 
 My, zdrajcy, Gazeta Wyborcza, 29-30 marca 2003 roku. Nie ma Saddama, Gazeta Wyborcza, 10 kwietnia 2003 roku.


Nie wszyscy mieli takie szczęście. Pewien znany piosenkarz, Ngọc Tân, stracił żonę i dzieci a sam nie dostał się do „wymarzonej wolności”. Oczywiście spotkała go represja - m.in. zakaz występów. O ironio! Wcześniej, w rewolucyjnej piosence o mieście Hajfong, śpiewał o radosnym rozstaniu i szczęśliwym, ponownym spotkaniu na nabrzeżu portowym!

*****
CDN

Thư mời tham dự LHP "Điện ảnh ngũ vị" lần thứ hai của chủ tịch Thành phố thủ đô Vác-xa-va, bà Hanna Gronkiewicz-Waltz

Kính thưa quý vị!

 
 Chủ tịch thành phố Vác-xa-va, bà Hanna Gronkiewicz- Waltz. Nguồn: www.essence-magazyn.pl
Tôi hân hạnh mời quý vị tham dự Liên hoan phim Việt Nam lần thứ hai mang tên „Điện ảnh ngũ vị” do Quỹ nghệ thuật Không gian trao đổi hoạt động Arteria tổ chức.

Liên hoan phim giới thiệu cho chúng ta nền văn hóa Việt Nam, đất nước có nhiều công dân đang sống giữa chúng ta tại Vác-xa-va. Đi kèm các buổi chiếu phim là các cuộc gặp gỡ với các tác giả, các bài giảng, các buổi vui chơi đầy tính sáng tạo kiểu happening. Tất cả tạo điều kiện để chúng ta thưởng thức nền văn hóa này một cách đầy đủ trọn vẹn. Tuy vậy việc thâm nhập văn hóa Việt Nam thật sự diễn ra nếu như chúng ta cởi mở thật sự để người khác tìm hiểu. Trong Liên hoan phim, nhờ có các buổi chiếu đặc biệt những người hàng xóm Việt Nam của chúng ta có cơ hội xem những bộ phim kinh điển của nền điện ảnh Ba Lan.
 
Năm nay là Năm Âu châu về Đối thoại giữa các nền văn hóa và Vác-xa-va đã và đang trở thành ngôi nhà của nhiều người đại diện cho các nền văn hóa từ khắp các châu lục. Sự mới lạ, cái khác thật sự rất hấp dẫn, nhưng nhiều người lại cho rằng đó là điều đáng lo ngại. Những khó khăn trong thông hiểu lẫn nhau và thiếu chấp nhận cho sự khác biệt văn hóa thường do không hiểu biết gây ra. Chúng ta phải nhớ rằng những người dân có gốc nước ngoài làm giàu thêm, làm phông phú thêm nền văn hóa của chúng ta và trước hết làm giàu cho bản thân mỗi chúng ta. Vì thế chúng ta hãy tìm hiểu nhau tốt hơn để không chỉ nhìn thấy sự khác biệt mà trước hết để thấy những gì kết nối chúng ta. Bởi chỉ có thừa nhận hoàn toàn tính đa văn hóa mới cho phép chúng ta xây dựng một thế giới an bình cho các thế hệ mai sau.

Tôi xin kính chúc tất cả mọi người tham dự Liên hoan phim Việt Nam lần thứ hai những ấn tượng nghệ thuật không thế nào quên, những đam mê tất cả các hương vị Viễn Đông và trước hết chúc mọi người thừa nhận những người „ngoài” thành người mình.

Hanna Gronkiewicz- Waltz- chủ tịch Thành phố thủ đô Vác-xa-va.

*****

Thư mời tham dự LHP "Điện ảnh ngũ vị" lần thứ hai của các nhà tổ chức

Kính thưa quý vị!

Chúng tôi rất vinh hạnh được đón chào quý vị tại Liên hoan phim „ Điện ảnh ngũ vị” mà ý tưởng xuất phát từ một hiện tượng kỳ lạ- sắc dân thiểu số lớn nhất tại Vác-xa-va lại là người dân của một nước cách xa Ba Lan hàng chục ngàn cây số, cách sáu múi giờ, đất nước của một nền văn hóa và phong tục khác hẳn. Những người đến đây từ những phương trời xa như vậy mang đến một thế giới đầy khác lạ, một thế giới tạo nguồn cảm hứng và mở rộng tầm hiểu biết. Chúng tôi chân tình khuyến khích tận hưởng, sử dụng các tiềm năng đó.

 
 Jakub Królikowski (trái) Anna Ciabach và Nguyễn Quốc Thành trong lễ trao giải cuộc thi ảnh "Orientuj sie". Ảnh: Ngô Đăng Quang


Chúng tôi hy vọng rằng chương trình liên hoan phim cũng làm khán giả Việt Nam quan tâm. Chỉ có liên hoan phim của chúng tôi mới tạo cơ hội xem được các phim tuyệt vời như „Sống trong sọ hãi” của đạo diễn Bùi Thác Chuyên hay Cú và chim se sẻ của đạo diễn Stephane Gaugera. Chúng tôi hân hạnh mời xem các buổi chiếu không bán vé các bộ phim quan trọng của nền điện ảnh Ba Lan có phụ đề tiếng Việt. Chúng tôi rất hồi hộp và hiếu kỳ việc khán giả Việt Nam cảm nhận các phim Mis- Gấu bông của đạo diễn Stanislaw Bareja hay Rezerwat- Khu bảo tồn của đạo diễn Łukasz Palkowski như thế nào.

Trên thế giới chỉ còn một nơi tổ chức liên hoan phim của nền điện ảnh Việt Nam (tất nhiên không kể tại Việt Nam) đó là tại Los Angeles, nơi có nhiều người di dân Việt Nam sinh sống nhất. LHP ở Hoa Kỳ là ngày hội của điện ảnh, là sự trao đồi văn hóa, là không gian cho các cuộc gặp gỡ và tranh luận quan trọng. Chúng tôi rất hạnh phúc khi Vác-xa-va và Ba Lan thực hiện các nhiệm vụ tương tự tại Âu châu.

Chúng tôi không muốn lặp lại các sáo mòn và chỉ giới thiệu văn hóa dân gian, hay truyền thống Việt Nam. Chúng tôi muốn kiếm tìm các hiện tượng đầy tính khám phá mới lạ, tạo nhiều cảm hứng trong nghệ thuật và văn hóa Việt Nam để rồi cùng chia sẻ với các bạn. Chúng tôi chân thành mời xem phim và mời tham dự các sự kiện đi kèm theo trong khuôn khổ LHP Việt Nam „ Điện ảnh ngũ vị” lần thứ hai.

Jakub Królikowski
Giám đốc LHP
Nguyễn Quốc Thành
Người đồng tổ chức và điều hành chương trình
Quỹ Nghệ thuật Arteria

*****
Cả hai thư mời tham dự LHP do BTC LHP "Điện ảnh ngũ vị " lần hai cung cấp.

Trên trang điện tử của quỹ Arteria có thể đọc tất cả các thông tin về LHP bằng tiếng Việt.

Ja, Polak beznadziejny

Od emigracji do integracji- historia nie całkiem osobista. Część ostatnia


Wydział Budownictwa Okrętowego, później noszący krótszą nazwę Instytut Okrętowy (obecnie Wydział Techniki Morskiej; wszystko się zmienia!, człowiek się nie obejrzy i już tylko sentymenty zostają) Politechniki Szczecińskiej znajdował się przy alei Piastów, w środku której przebiegały tory tramwajowe.

Mieszkałem w akademiku nieopodal, parę kroków przez tory i już byłem na zajęciach. Kursując tą trasą tramwaje reklamowały sztukę teatralną. Nie pamiętam dokładnie w którym roku i w jakim sezonie teatralnym, ale na pewno było to koniec lat 80-tych ubiegłego wieku. Na całej długości wagonów tramwajowych, tuż przy dachu widniał tytuł sztuki: „Ja, Polak beznadziejny”.

Sztuka, a może raczej sam jej tytuł (bo dziś nie jestem pewien, czy widziałem to przedstawienie) tak mi się spodobał, że często powtarzałem go sobie przy przeróżnych okazjach i sytuacjach życiowych, spowodowanych zazwyczaj własnymi nieudolnościami. Czyż nie brzmi pięknie a zarazem skromnie?

Po przeprowadzce z Krakowa do Warszawy, z pewnym problemem sercowym, szukałem pracy u swoich. Byłem kierownikiem restauracji wietnamskiej na Żoliborzu, parę miesięcy później pomocnikiem kucharza restauracji na Ochocie. Pani Wanda pracująca w kuchni jak ja często mi pocieszała:- Panie Tomku, wszystko będzie dobre, jest pan młody, niech pan się nie martwi, niech pan nie będzie taki smutny!

Bardzo dobrze nam pracowało ze sobą, ale chyba pani Wanda zrezygnowała z tej pracy wcześniej niż ja. Przed odejściem dała mi jednak telefon do siebie. Dwa lata później, szukając opiekunki do dzieci, do pomocy domowej dla swojego, wietnamskiego przyjaciela, zadzwoniłem do niej. Chętnie by pracowała, ale nie mogła mieszkać poza swoim mieszkaniem. Została właśnie babcią i musi pomagać swojej córce opiekować maleństwem…

Lata minęły, zacząłem pracować dla swego krajana, który po studiach w Wietnamie miał napisać pracę doktorką w Polsce. Czasy nie sprzyjały zajęciom naukowym, mój rodak po udanym interesie z kurtkami ze sztucznej skóry, sprowadzanymi do Polski z Chin, chciał zająć branżą spożywczą. Importował do Polski zupy błyskawiczne. Rynek spożywczy w Polsce w drugiej połowie lat 90. był już dość trudny, nawet dla zup błyskawicznych z Wietnamu. Tan Viet, firma założona przez moich kolegów (o rok akademicki starszych ode mnie) zajmowała się tym od dziesięciu lat, miała więc bardzo dobrą pozycją i renomę w tej branży. Wolny rynek, wolny handel i wolna konkurencja zawsze dają szansę, jednak po kilku nieudanych próbach mój szef zdecydował zmienić kierunek rozwoju swojego biznesu. Zaczął rozważać możliwości inwestowania w ojczyźnie. Pojechał zbadać rynek. Po kilku wojażach tu i tam cała rodzina przeprowadziła na stałe do Wietnamu.

Minęło kilka miesięcy, pewnego dnia i ja stałem się jednym z kilku set pracowników firmy Tan Viet. Pracowałem jako kierownik najpierw w jednej a później dwóch restauracji należących do niej restauracji.


Belweder za zamkniętymi drzwiami.- (W związku z wizytą premiera Wietnamu- .Będzie wpis  M- Jak Małpa. Małpa w różowym)-. Ảnh: Ngô Đăng Quang

Po kilku latach, w roku 2007 przyjechał do Polski z wizytą premier Wietnamu. Towarzyszyła mu delegacja ponad 60 biznesmenów wietnamskich, wśród nich mój były szef, kiedyś poważny importer chińskich kurtek z sztucznej skóry do Polski(jak jeszcze mieszkał w Polsce). Nie dane nam było się spotkać! Kiedy premier Wietnamu przyjechał z eskortą i z ważnymi towarzyszącymi osobami do Belwederu, czekałem tam na niego. Tyle że przed bramą! I tylko przed bramą, kiedy limuzyną wjechał frontową szeroko otwartą (lecz nie dla mnie) bramą do dziedzińca. Byłem tam po to, aby jeśli nie protestować to na pewno po to, aby zrobić zdjęcia i zebrać materiały na artykuł. Artykuł zostanie (wiedziałem o tym) opublikowany (bez honorarium, o tym też wiedziałem) na naszym portalu, który z kolej jest zablokowany w Wietnamie przez firewall! Pisać artykuł po wietnamsku, publikować go bez honorarium ze świadomością, że z trudem czytelnicy wietnamscy będą mogli go poczytać, to naprawdę zajecie dla polskiego pasjonata, nieco beznadziejnego. Z czystym sumieniem, z poczuciem, że spełniłem swój obywatelski obowiązek opuszczałem Belweder, kiedy towarzysze (i nietowarzysze, przeciez nie mogę wszystkich wrzucić do jednego worka) bawili się jeszcze w najlepsze w środku. Kiedy jechałem ulicą Gagarina w drodze do domu, dopadł mnie telefon z wietnamskiej sekcji BBC. Zatrzymałem samochód na chodniku i udzieliłem (bezpłatnie, o tym tez wiedziałem) wywiad dla tej stacji. Urochomiąc silnik po zakończeniu wywiadu wzdychałem:- „Ja, Polak beznadziejny”.

Kilka miesięcy wcześniej z rąk wojewody warszawskiego odebrałem decyzję o nadaniu obywatelstwa polskiego. Czekałem na to długie 8 lat (udało się dopiero kiedy złożyłem wniosek do prezydenta RP po raz drugi; za pierwszym razem odmówiono mi obywatelstwa). Zrozumiałe więc, że radości nie było końca.

Kiedy emocje opadały, uświadomiłem sobie, że jako obywatel polski posiadam strasznie niski stan… posiadania. Postanowiłem, że wyrobię sobie paszport, wyjadę do Anglii!

Wyjadę, bo mam dość handlu obwoźnego. Dość handlu obwoźnego w Międzyzdrojach , w Dziwnowie, w Szczecinie- Dąbiu, w Oświęcimiu, Olkuszu, Nowym Targu, Krakowie i w Warszawie! Wyjadę do Anglii!

 
 Handel obwoźny i opłata w postaci cegiełki, ale to bardzo dawno, dawno temu. Na odwrocie cegiełki napisy: Wojewodzki Komitet Narodowego Czynu Pomocy Szkole w Szczecinie. 50 szkół na ...(nieczytelnie)lecie. No właśnie które to -lecie?


Badając angielski grunt przed podjęciem ostatecznej decyzji spędziłem noc sylwestrową 2007/2008 w okolicy London Eyes. Spotkałem tam młodych Polaków, mieszkających i pracujących w Londynie. Opowiadałem im o swoim zamiarze. Zachęcali szczerze. Wymienialiśmy adres i numery telefonów. Na pożegnanie zaprosili mnie do siebie. Powiedziałem:- Na pewno zjawię się u was, jak tylko będę z powrotem w Londynie. I dodałem głośno:- Przyjadę na schabowy!
Słowo się rzekło…


 
 London Eyes, Sylwester 2008. Ảnh: Ngô Đăng Quang


*****

Tekst powstał na zamówienie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej przy Uniwersytecie Warszawskim. Został wydrukowany w ksiażce pod tytułem "Wietnamczycy w Polsce".

© Miedzykulturowe Centrum Adaptacji Zawodowej IW EQUAL, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytet Warszawski
Warszawa 2008

Część I: Początek społeczności wietnamskiej; nie całkiem trudny

Część II: Prawdziwy początek społeczności wietnamskiej w Polsce

Część III: Pierwszymi bohaterami Wietnamu były kobiety

Część IV: Wyzysk, Indeksacja i PKW

Część V: Cielęcina w pięciu smakach i kapitalizm z ludzka twarzą

Wszystkie wpisy po polsku można poczytać tutaj: www.danchimviet.com/blogs, jednak bardzo powoli ładuje się strona.

(Trang 1 of 3)   
« Trước
  
1
  2  3  Kế tiếp »
No blogs found.
No popular authors found.
No popular articles found.